Reklama

Kościół

Z gitarą przez dżunglę

Niedziela Ogólnopolska 8/2018, str. 16-18

[ TEMATY ]

misje

Zdjęcia: Archiwum Agnieszki Klimek

Podróż łódką do wiosek, do których nie ma innych dróg dojazdowych. Zwykle ktoś dosiada się do „taksówki” na stopa

Podróż łódką do wiosek, do których nie ma innych dróg dojazdowych.
Zwykle ktoś dosiada się do „taksówki” na stopa

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

GRZEGORZ POLAK: – Po co świeccy na misjach, skoro w katechezie, w prowadzeniu różnych dzieł społecznych, w pracy biurowej księży mogą wyręczać siostry?

AGNIESZKA KLIMEK: – Pracy na misjach wystarczy dla wszystkich. Bardzo często misjonarzowi korzystniej jest zatrudnić osobę świecką niż siostrę zakonną. Świecki jest bardziej mobilny. Erygowanie domu zakonnego jest sporym przedsięwzięciem. Sióstr we wspólnocie musi być przynajmniej trzy. Ich utrzymanie jest większym obciążeniem dla biedniejszych parafii niż utrzymanie osoby świeckiej. Ja, jako misjonarka świecka, o swoje utrzymanie dbałam sama. Moją zapłatą były dach nad głową i wyżywienie. Inne wydatki pokrywałam sama.

– W jaki sposób?

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

– Zorganizowałam sobie grupę ludzi, którzy mnie wspierali, bo dotacja roczna nie wystarczała – np. na bilety lotnicze czy zakup materaca lub gitary, środków czystości, materiałów do pracy. Żyłam skromnie, ale mi wystarczało.

– Co jeszcze przemawia za zatrudnianiem świeckich?

Reklama

– Świecki misjonarz po formacji może przyjechać od razu. Nie trzeba dla niego budować domu, bo na placówce misyjnej zawsze znajdzie się jakiś pokój. Łatwiej też znaleźć lokum dla jednej osoby niż dla trzech. My, świeccy, jesteśmy zatrudnieni na krótko – nasze kontrakty obowiązują na ogół dwa lata, z możliwością przedłużenia. Misjonarz nie powie siostrom: przyjedźcie na dwa albo na cztery lata. Ale świeckiemu może tak powiedzieć. Misjonarz może sobie wybrać, kogo akurat potrzebuje. Ja z wykształcenia jestem katechetką, ale pracowałam też w biurze parafialnym, bo znam obsługę komputera.

– Skąd się wzięły misje w Pani życiu?

– Miałam koleżankę Monikę, która przez rok pracowała jako wolontariuszka na misjach u księży salezjanów w Ugandzie. Jest teraz wykładowcą w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu. Spotkałyśmy się na UKSW i wtedy dużo opowiadała mi o misjach. To wzbudziło moje zainteresowanie tematem, który był gdzieś w sercu od dawna. Wtedy jednak uświadomiłam sobie, że świecki też może wyjechać na misje.

– Koleżanka dała Pani impuls do wyjazdu?

– Tak. Ona była osobą bardzo miłą i sympatyczną, o wielu talentach, taką... normalną. A mnie się dotąd wydawało, że aby zostać misjonarzem, trzeba być wyciszonym, pobożnym, niemal świętym. Monika zaś była pełna energii, radości i – powtarzam – taka normalna. Uświadomiłam sobie dzięki niej, że na misje może wyjechać każdy, nawet ten, któremu, tak jak mnie, daleko do świętości.

– Wspomniała Pani o wczesnym zainteresowaniu się misjami.

Reklama

– Od dawna myślałam o innych kulturach. Zawsze mnie urzekało to, że jest coś, co łączy ludzi wszystkich kultur, w różnych miejscach. To wiara i osobista relacja z Bogiem. Bardzo przemawia do mnie fragment z Apokalipsy: „A oto wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, stojący przed tronem i przed Barankiem. Odziani są w białe szaty, a w ręku ich palmy. I głosem donośnym tak wołają: «Zbawienie w Bogu naszym, Zasiadającym na tronie, i w Baranku»” (7, 9-10).
Z dzieciństwa zapamiętałam taki obraz. Siedziałam kiedyś na balkonie i na horyzoncie widziałam drzewo, które wyglądem przypominało palmę. Miałam marzenie, aby kiedyś pojechać tam, gdzie rosną palmy. Ta „palma” stała się dla mnie symbolem czegoś nieznanego, co mnie pociągało.
Jeżeli jednak mówimy, że powołanie misyjne pochodzi od Boga, to tamto wspomnienie było takim cukierkiem, zachętą od Pana Boga, żeby to powołanie rozpoznać i zrealizować. Jeżeli nie ma powołania, to gdy pojawią się jakieś trudności – jak w moim przypadku słabe zdrowie – człowiek tego nie przebrnie.

– U Pani to powołanie musiało się silnie odezwać, skoro zdecydowała się Pani wyjechać na misje mimo słabego zdrowia...

– Gdybym nie była przekonana, że muszę tam pojechać, nie dałabym rady. Podeszłam do tego jednak racjonalnie. Odrzuciłam kraje, gdzie występuje malaria, bo gdybym na nią zachorowała, mogłabym nie przeżyć, gdyż miałam słabą odporność. Dlatego większość krajów afrykańskich nie wchodziła w rachubę. Trzeba było wybrać takie miejsce, gdzie malaria, od której trudno się uchronić – jak uciekniesz komarowi? – nie stanowi zagrożenia.
Pragnienie pracy na misjach było we mnie tak silne, że nie słuchałam znajomych, którzy odradzali mi wyjazd. Poza tym stało się coś nieoczekiwanego. Podczas przygotowywania się do wyjazdu na misje w Centrum Formacji Misyjnej poprawiło mi się zdrowie. Miałam w płucach 3-centymetrową dziurę i ona zniknęła! Miałam podwyższony poziom bilirubiny i on mi spadł!

– I to był dla Pani znak: jadę!

– Tak, to był dla mnie znak! Byłam spóźniona co do wyjazdu w stosunku do moich koleżanek i kolegów z Centrum Formacji Misyjnej, ale już bez większej obawy o zdrowie mogłam rozpocząć pracę misyjną.

– Co Pani tam robiła?

Reklama

– Jeździłam z misjonarzami do wiosek. Oni spowiadali, a ja prowadziłam katechezę, grałam na gitarze, przygotowywałam śpiewy i czytania. Koordynowałam razem z proboszczem pracę ok. setki katechistów w trzydziestu wioskach. Poza tym pracowałam w biurze przy porządkowaniu akt parafialnych, aby sprawdzić, ile mamy dzieci na katechezie i czy są ochrzczone.

– Czytałem Pani bloga. Pani praca wydawała mi się monotonna, mało ciekawa, no, może poza zorganizowaniem wyborów miss parafii.

– (śmiech) O nie. Także praca w biurze może być interesująca. Ekwadorczycy nie przykładają zbytniej wagi do dokumentacji, toteż kiedy z parafii Guayzimi odeszły ekwadorskie siostry, tamtejszy proboszcz wziął mnie do pomocy. Zaczęłam porządkować dokumenty i okazało się, że na katechezę przyjmowane były nieochrzczone dzieci. A przecież nie można udzielać I Komunii św. i bierzmowania bez zaświadczenia o chrzcie. A mogłoby do tego w kilku przypadkach dojść, gdybym tego nie wychwyciła, gdy porządkowałam kartotekę parafialną.

– „Pan Jezus nauczał dorosłych i błogosławił dzieci, a my nauczamy dzieci i błogosławimy dorosłych”. To zdanie zanotowane przez Panią podczas studiów katechetycznych na UKSW dotyczyło sytuacji w Polsce. A jak się ono ma do sytuacji na misjach?

Reklama

– W Polsce prawie wszystkie siły katechezy „idą” na dzieci, na misjach mamy natomiast bardzo rozwiniętą katechezę dorosłych. U nas usprawiedliwieniem jest przekonanie, że dorośli nie mają na nic czasu. Trzeba by zmienić to nastawienie. W mojej ekwadorskiej parafii było obowiązkowe uczęszczanie raz w miesiącu na katechezę rodziców katechizowanych dzieci. Nawet ci, którzy nie przychodzili na niedzielną Mszę św., stawiali się na katechezie. W Ekwadorze notuje się dużo przemocy w rodzinie, wiele małżeństw żyje bez ślubu kościelnego, więc na katechezie dużo mówiłam o trwałości chrześcijańskiej rodziny, także o sferze seksualnej. Jako pomoc wykorzystałam znakomite krótkie filmy w języku hiszpańskim. Za każdym razem sprawdzałam listę obecności – ojca i matki, a nie, jak było wcześniej, jednego z rodziców. Niektórzy najpierw się buntowali, a potem mi dziękowali. Byłam bardzo stanowcza, ale ludzie to cenili.

– Jak parafianie przyjmowali to, że wymagania stawia im osoba świecka i na dodatek kobieta?

– W tej parafii ludzie nigdy nie mieli do czynienia ze świecką misjonarką, więc do końca nie wiedzieli, jak mnie traktować. Nie zachowywałam się tak, jak zazwyczaj czynią to kobiety, nie malowałam się, nosiłam się bardzo skromnie. Z początku panowie pytali, czy jestem „do wzięcia”. Odpowiadałam: mogę wyjść za mąż, ale na razie nie zamierzam. Szybko dali mi spokój. Traktowali mnie jak kogoś pośredniego między siostrą zakonną a osobą świecką.

– Kiedy do pomocy misjonarzowi przyjeżdża młoda kobieta, daje to nieraz powód do plotek...

Reklama

– Tak, ludzie gadają: ksiądz sprowadził sobie kobietę. To trzeba przejść, nie dając powodu do plotek. Niektórzy księża tak się tego boją, że za nic w świecie nie sprowadzą świeckiej misjonarki. W moim przypadku ludzie już po kilku miesiącach nabrali do mnie zaufania, obdarzyli szacunkiem i zaczęli przychodzić ze swoimi sprawami. Parafianie wiedzieli, w którym pokoju spałam, mogli przyjść i zapukać do okna, gdyby coś się wydarzyło. Kiedyś tak się zresztą stało, gdy pewna rodzina została wyrzucona przez teściów z mieszkania i znalazła się na ulicy. Trzeba było tych ludzi uspokoić, nakarmić. Zaproponowałam im lokum w domu, gdzie mieszkałam, ale oni odmówili, bo wstydzili się, że ludzie będą ich obgadywać.

– Czy ludziom trzeba okazywać empatię, czy raczej zachować dystans?

– Trzeba być blisko ludzi, ale zawsze z pewnym dystansem. Nie mogę udawać, że będę Ekwadorką, nawet gdybym tam mieszkała 20 lat. Trzeba zachować swoją tożsamość, bo dzięki temu mogę im więcej dać. Oni potrzebują autorytetu, bo koleżanek i kolegów mają na pęczki. Trzeba jednak uważać, żeby za bardzo się z nimi nie spoufalać, bo mogą próbować to wykorzystać. Kiedyś pewna katechistka poprosiła mnie o pożyczenie dwóch tysięcy dolarów. Miałam akurat tyle, ale na bilet. Jest zasada, że misjonarz musi mieć odłożone pieniądze na wypadek ciężkiej choroby, na wypadek nagłego wyjazdu, gdy np. ktoś groził mu śmiercią. Dlatego odmówiłam, tym bardziej że ta osoba mogłaby mi nie oddać pieniędzy. Ekwadorczycy żyją w przekonaniu, że biali misjonarze śpią na pieniądzach. I wielokrotnie dali nam to odczuć. Jak im nie pożyczaliśmy, to się obrażali. Nie wiedzieli, że odmawialiśmy sobie więcej niż niektórzy z nich. Żyłam skromnie, choć nigdy nie byłam głodna. Nie chciałam poświęcać czasu na wycieczki czy na inne rozrywki. Wiedziałam, że mam dwa lata, i chciałam maksymalnie oddać ten czas innym.

– Czego nauczyła Panią praca na misjach?

Reklama

– Jeśli dasz siebie całym sercem, to jeszcze więcej otrzymasz. Nie ma sensu jechać, aby pobyć, a przy okazji czasem coś zrobić na rzecz misji. Tylko praca na całego może dać satysfakcję. Warto wejść w życie codzienne ludzi. Ja z niektórymi pracowałam w polu. Nie miałam z tym problemu, bo pochodzę ze wsi i znam pracę na roli. Nie dałam się też nabrać na tłumaczenia, gdy ktoś się usprawiedliwiał, dlaczego nie może być na niedzielnej Mszy św. Mówiłam: „Proszę pana, nic się nie stanie, gdy chwasty wyrwie pan w poniedziałek. One tak szybko nie urosną”. Nie udało im się mnie zagiąć!

– Nie spotkałem misjonarza, który by narzekał na swój los, choćby pracował w nie wiem jak trudnych warunkach.

– Czerpałam wielką radość z tego, że byłam przydatna. Gdy pomagałam ludziom załatwiać sprawy urzędowe, widziałam ich satysfakcję, gdy zrozumieli, że to, co uważali za trudne, wcale takie trudne nie jest. Ale najbardziej jeśli im pomogłam w sprawach wiary. Cieszyłam się na myśl – jak każdy nauczyciel – że w pewnym momencie stanę się im już niepotrzebna.
Dużo radości dało mi też uczenie ich śpiewu i wyrabianie zamiłowania do muzyki. Dlatego nosiłam gitarę, idąc po błocie przez dżunglę, aby w odległej wiosce zagrać podczas Liturgii. Oprócz gitary jeszcze komputer i plecak.
Parafia Guayzimi liczy 30 wiosek. Do najdalszej jest sześć godzin drogi: dwie godziny samochodem i cztery na nogach. Tam nie ma drogi – tylko ścieżka przez dżunglę.

– Czy myśli Pani o ponownym wyjeździe na misje?

– Nie da się nie myśleć. Jednak w praktyce często świecki misjonarz w Polsce rozbija się o brak uregulowań prawnych co do składek zdrowotnych i emerytalno-rentowych. Marzeniem byłoby wyjechać kiedyś z rodziną, bo dobry misjonarz będzie się wahał, czy przyjąć misjonarkę świecką, aby nie wzbudzać niepotrzebnych podejrzeń, a rodzinę przyjmie szybciej. Od powrotu do Polski cały czas myślę o misjach i jestem związana z Centrum Formacji Misyjnej, które mnie przygotowało – tu szczególne podziękowania dla misjonarzy i formatorów: ks. Jana i o. Kazimierza – do pracy, o jakiej marzyłam i marzę.

2018-02-21 10:32

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Ponad 2 tys. polskich misjonarzy pracuje w 97 krajach świata – dziś zbiórka na rzecz misji

[ TEMATY ]

misje

ARCHIWUM KS. WIESŁAWA PODGÓRSKIEGO

Ks. Wiesław wśród swoich afrykańskich parafian. W tle budynek plebanii...?

Ks. Wiesław wśród swoich afrykańskich parafian. W tle budynek plebanii...?
Na całym świecie – w 97 krajach – pracuje obecnie 2170 polskich misjonarzy, w tym ponad 50 osób świeckich. Ich posługa wymaga duchowego, ale i materialnego wsparcia. Stąd ogólnopolska zbiórka do puszek, organizowana w II niedzielę Wielkiego Postu przez Dzieło Pomocy „Ad gentes”. W ubiegłym roku zebrano w ten sposób ponad 1,8 mln zł, dzięki czemu m.in. wsparto finansowo 134 projekty ewangelizacyjne, charytatywne, edukacyjne i kulturalne. O pomocy polskim misjonarzom mówi w rozmowie z KAI ks. Jarosław Buchowiecki, dyrektor Dzieła Pomocy „Ad gentes”. KAI: W ciągu roku jest kilka ogólnopolskich zbiórek na rzecz misji, przeprowadzanych przez różne organizacje. Na co idą pieniądze zbierane przez Dzieło Pomocy "Ad gentes"? Ks. Jarosław Buchowiecki: „Ad gentes” troszczy się polskich misjonarzy, którzy „zrzeszeni” są pod płaszczem Komisji Episkopatu Polski ds. Misji. Jest ich obecnie 2170 – kapłanów zakonnych, zakonników i zakonnic, księży diecezjalnych i osób świeckich. Tych ostatnich jest ponad 50. Wspieramy finansowo ich działalność ewangelizacyjną, charytatywną, społeczną i kulturową na terenach misyjnych. Temu służy – organizowana już po raz 8. – ogólnopolska zbiórka do puszek w II niedzielę Wielkiego Postu, która w tym roku przypada 24 lutego, pod hasłem „Pomagajmy misjonarzom w Roku Wiary”. KAI: Liczba misjonarzy od lat ulega niewielkim zmianom, dlaczego misjonarzy nie przybywa? - Sprawy powołania misyjnego zostawiamy Panu Bogu, ale możemy też wiele zrobić, by „zarażać” misjami. Tu potrzebna jest praca animacyjna w kraju, ale też właśnie odpowiednie zaplecze dla misjonarzy. Bez materialnego wsparcia, bez naszej pomocy ich posługa jest niezwykle trudna. Misjonarz musi być człowiekiem z pasją. Jego zadanie to nie tylko ewangelizacja, musi pochylać się nad człowiekiem w każdym aspekcie życia, nad konkretnymi problemami. Musi poznać strukturę społeczną kraju, do którego jedzie, mentalność, zależności polityczne, tradycje. Nie powinniśmy jednak narzekać na liczbę polskich misjonarzy – od lat jest stała, a 2 tys. osób pracujących w 97 krajach świata to spora rzesza ludzi. Misje to dla nich styl życia, cały świat jest ich ojczyzną. Z każdym rokiem jest też coraz większe zainteresowanie świeckich wyjazdami na misje. Wprawdzie liczba 50 przy 2 tys. ogółu może się wydawać mała, ale trzeba pamiętać, że świeckim trudniej jest zostawić dom, pracę, rodzinę czy – w wypadku małżeństw – przenieść się z rodziną do innego kraju na 3-5 lat. Osoby świeckie trudniej jest wysłać na misje, trzeba je przygotować, zabezpieczyć. "Ad gentes" w 100 proc. opłaca świeckim misjonarzom ubezpieczenie zdrowotne i społeczne. Trzeba też przyznać, że potrzeby krajów misyjnych, które proszą o misjonarzy, są większe niż nasze możliwości. Stąd prowadzimy akcje animacyjne, zachęcamy do rozważania "czy to jest moje powołanie?". Nikogo nie można zmusić do pracy na misjach, ale można zachęcać. KAI: Od 2006 roku przeprowadzana jest zbiórka, ile udało się zebrać w roku ubiegłym? Do puszek zebrano 1 mln 875 tys. zł. Te pieniądze są dzielone między misjonarzy – księża diecezjalni oraz świeccy otrzymują raz w roku dotację w wysokości 3,5 tys. zł na osobę (księża zakonni, zakonnicy i zakonnicy nie, ponieważ mają zaplecze materialne od własnego zgromadzenia). W sumie daje to ok. miliona zł. Każdy misjonarz przyjeżdżający na urlop do Polski otrzymuje też 500 zł dotacji urlopowej lub prawo do tygodniowego pobytu w domu misyjnym w Jastrzębiej Górze. Pół miliona zł przeznaczamy na ubezpieczenie zdrowotne i społeczne świeckich misjonarzy. Finansujemy też projekty misyjne – każdy misjonarz ma prawo zgłosić jeden rocznie. W ubiegłym roku było ich 134, na łączną kwotę 132 tys. 400 euro czyli ok. 600 tys. zł. Jak widać, sama zbiórka do puszek nie wystarcza na wszystko – na szczęście są jeszcze indywidualni darczyńcy, wspierający Dzieło przez cały rok, prowadzimy też akcję sms-ową, z której w ubiegłym roku uzyskaliśmy ponad 140 tys. zł. Można ją wesprzeć wysyłając na numer 72032 sms-a o treści „Misje”. KAI: Jakiego rodzaju projekty zgłaszają misjonarze? - Można je zgłaszać w 4 kategoriach: ewangelizacyjnej, edukacyjnej, medycznej i charytatywnej. Najwięcej projektów otrzymaliśmy z Afryki - 89, z Ameryki Południowej i Środkowej - 33, z Azji - 12. To było np. dofinansowanie budowy centrum katechetycznego w Ekwadorze, wyposażenia klas szkolnych w Tanzanii, zakupu mebli dla internatu w Indiach, materiałów edukacyjnych dla dwóch przedszkoli w Ghanie, wyposażenia szkoły średniej w Kongo, dożywiania dzieci w Kazachstanie, czy warsztatów artystycznych w Brazylii. Dużo jest projektów typowo charytatywnych, jak dożywianie dzieci, zakup leków i szczepionek na zakaźne choroby. Każdy taki projekt musi być potwierdzony przez biskupa miejsca lub przełożonego domu zakonnego. Sprawdzamy też, czy misjonarz składał w latach ubiegłych projekty i czy się z nich właściwie rozliczył. Staramy się nie odrzucać żadnych projektów, jeśli są wątpliwości merytoryczne, kontaktujemy się z misjonarzem czy misjonarką i wyjaśniamy. Jesteśmy od tego, by realizować projekty a nie je odrzucać. Jeśli projektów jest dużo a pieniędzy mało, staramy się dzielić to co mamy, pamiętając, że dla misjonarzy i osób korzystających z ich pomocy, każda prośba jest ważna.
CZYTAJ DALEJ

Papież zlikwidował Komitet ds. Światowego Dnia Dzieci

2026-02-13 17:44

[ TEMATY ]

Światowy Dzień Dzieci

Papież Leon XIV

Vatican Media

Leon XIV zlikwidował Papieski Komitet ds. Światowego Dnia Dzieci. Organizację tego wydarzenia zlecił Dykasterii ds. Świeckich, Rodziny i Życia. Najbliższe obchody Dnia zaplanowane są na 25-27 września w Watykanie.

Komitet powstał decyzją papieża Franciszka w 2024 roku jako autonomiczny organ Kurii Rzymskiej. W sierpniu ub.r. Leon XIV podporządkował go Dykasterii ds. Świeckich, Rodziny i Życia. Obecnie Komitet został rozwiązany. Papież uzasadnił to chęcią wsparcia „synergii i skuteczniejszej pracy w realizacji tej szlachetnej inicjatywy”.
CZYTAJ DALEJ

Fulton Sheen: Teleewangelista czy prorok zza oceanu?

2026-02-14 20:15

[ TEMATY ]

Abp Fulton J. Sheen

pl.wikipedia.org

Abp Fulton Sheen

Abp Fulton Sheen

„Spierał się z Darwinem, Freudem, Marksem i Szatanem. Nacierał uszu demokratom za lekceważenie demokracji, ganił kapitalistów za chciwość, a cały Zachód za to, że dawał komunizmowi szansę na rozwój przez lekceważenie własnej wiary chrześcijańskiej” – tak Fultona Johna Sheena scharakteryzowano w magazynie Time.

Na początku lat 50. XX wieku amerykańska telewizja wchodziła w swój złoty wiek, który trwał kolejne dwie dekady. Nigdy wcześniej ani nigdy później telewizja nie wpływała tak znacząco na kulturę i sposób życia zwykłego Amerykanina. Srebrny ekran kształtował to, jak społeczeństwo postrzegało rodzinę, miłość, politykę i inne aspekty życia – nawet normy społeczne. Telewizja stała się w pewnym sensie medium „totalnym”, formując amerykańskie umysły bardziej, niż współcześnie czyni to internet. Powstające wówczas seriale i programy były starannie produkowane, miały dobrze napisane scenariusze, wybitnych aktorów i reżyserów, dominowała jednak wśród nich tematyka rozrywkowa – z jednym wyjątkiem. Nowojorski biskup, który wytykał Amerykanom grzech, mówił im o obowiązkach wobec Boga i rodziny, ganił komunistów i z chrześcijańską miłością modlił się na antenie za Hitlera i Stalina, gromadził każdego tygodnia przed odbiornikami miliony widzów. Był to paradoks tamtych czasów, że z najpopularniejszymi programami rozrywkowymi mógł konkurować pod względem oglądalności tylko katolicki biskup. Fulton John Sheen stał się swego rodzaju telewizyjnym celebrytą, a w 1952 r. otrzymał nawet Nagrodę Emmy – telewizyjnego Oscara – dla „Najbardziej Wybitnej Osobowości” srebrnego ekranu. Jego audycje i książki były rozchwytywane nie tylko przez katolików. Również dziś, ponad cztery dekady od jego śmierci, książki bp. Sheena błyskawicznie znikają z księgarskich regałów. Jak osoba ta zdobyła rozgłos? Dlaczego bp Sheen nadal jest tak popularny, również w Polsce?
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję