Reklama

Wiara

To ja... ja żyję!

Niemieccy lekarze przyznali, że tak spektakularny powrót do życia i zdrowia Antoniego to efekt ciężkiej pracy wielu specjalistów, ale zadziałał też czynnik, który trudno wytłumaczyć. Iwona wie, że tym „czynnikiem” była jej niezachwiana wiara. Oto ich historia.

Niedziela Ogólnopolska 15/2024, str. 54-56

[ TEMATY ]

świadectwo

Archiwum prywatne

Mama Iwona i syn Antoni – oboje są przekonani, że w ich życiu wydarzył się cud

Mama Iwona i syn Antoni – oboje są przekonani, że w ich życiu wydarzył się cud

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Koledzy nazywali go łagodnym olbrzymem. Olbrzymem, bo ma ponad 2 m wzrostu, szerokie ramiona i surowy wyraz twarzy. Łagodnym, bo zawsze był pierwszy do pomocy, swoje sprawy odkładał na bok. Antoni Bernad lubił sport – sztuki walki, pływanie (zdobył nawet złoty medal dla Bawarii), grał na fortepianie. Jego pasją jednak było aktorstwo. Przez wygląd często dostawał role niepasujące do jego charakteru. Grał skorumpowanego polityka, neonazistę czy brutalnego pielęgniarza z oddziału psychiatrycznego. Jego matka, Iwona, mówi, że gdy oglądała go na scenie, czasem zapominała, iż to jej dziecko.

Iwona jest drobną i energiczną kobietą. Wykładała muzykę na niemieckim uniwersytecie i w gimnazjum, zawodowo gra na skrzypcach, prowadziła chór. Swojego jedynego syna wychowywała samotnie. Antoni urodził się w Niemczech, bo tam Iwona wyemigrowała jeszcze za komuny w obawie przed represjami, ponieważ działała w łódzkiej Solidarności. Tam już zostali. Antoni skończył szkołę i poszedł na studia aktorskie. Wtedy zamieszkał we własnym mieszkaniu, nadal jednak byli blisko, dużo do siebie pisali.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Wypadek

Reklama

Wszystko się zmieniło w czwartkowy wieczór 17 lipca 2014 r. Wówczas 24-letni Antoni wracał z dziewczyną z wakacji na południu Europy. Iwona tego dnia poszła wcześniej spać. „Śnił mi się Antek, który powiedział do mnie: «Mamo, miałem straszny wypadek. Samochód rozwalił się na kilka części»” – mówi. Obudziła się mokra od potu i usłyszała dzwonek do drzwi. Była północ. Przed domem stali policjanci. Powiedzieli, że Antoni miał poważny wypadek samochodowy. Jadąc z dużą prędkością, na zakręcie uderzył w drzewo. Zostawili numer telefonu do szpitala w południowych Niemczech, do którego został przewieziony. Natychmiast tam zadzwoniła. Usłyszała, że stan jej syna jest ciężki i najprawdopodobniej nie przeżyje. „Proszę iść spać i zadzwonić jutro, wtedy będziemy mogli powiedzieć pani więcej”. Iwona dokładnie pamięta słowa lekarza. W 1,5 godziny pokonała 220 km i była w szpitalu. Antoni leżał na oddziale intensywnej terapii.

Diagnoza jak wyrok

Bardzo ciężkie uszkodzenie mózgu, uraz płuc, prawa ręka i nogi połamane w wielu miejscach. Jak się okazało, samochód po uderzeniu w drzewo rozpadł się na trzy części, a jego przednia część wpadła do rzeki. Oboje pasażerowie spadli głowami w dół. „Antek w ostatnim momencie chciał ratować dziewczynę. Wcisnął ją w siedzenie i obrócił kierownicę tak, aby ją chronić. Całe uderzenie przeszło na niego. Sylvii nic się nie stało, dlatego mogła opowiedzieć o całym wydarzeniu” – relacjonuje Iwona.

Diagnoza brzmiała jak wyrok. Lekarze mówili, że szanse na przeżycie to 0,25%, a nawet jeżeli chłopak przeżyje, to będzie jak roślina. „Dowiedziałam się, że jeśli nie mam pełnomocnictwa albo dokumentu z jego podpisem, w którym upoważnia mnie do podjęcia decyzji w takiej sytuacji, w ciągu 48 godz. będzie odłączony od aparatury utrzymującej go przy życiu” – mówi Iwona. „Nie byłam pewna, czy mam taki dokument”. Natychmiast ruszyła do domu i wśród starych papierów znalazła generalne pełnomocnictwo, ale gdy pokazała je w klinice, zaczęły się naciski. „Po co? Jak sobie pani to wyobraża? Czy rozmawiała pani na ten temat z synem? Czy w razie czego on chce tak egzystować? Jest pani egoistką” – usłyszała kobieta, ale nie dała się przekonać.

Reklama

Iwona wynajęła pokój w okolicy, żeby mieć blisko do Antoniego. Spała po 2-3 godz., resztę czasu spędzała przy łóżku syna. „Codziennie przekonywano mnie, żebym zgodziła się odłączyć syna i pozwoliła mu umrzeć. Mówiono, że jeśli Antek przeżyje, to będzie sparaliżowany do końca życia. Ponieważ szkody w mózgu były bardzo rozlegle, nie będzie ani mówił, ani myślał” – wspomina. Pamięta ogromny strach i uczucie paniki. „Pierwszej nocy pobiegłam w góry, na sam szczyt. Było ciemno, ale nie mogłam usiedzieć w miejscu. Musiałam się wykrzyczeć. To był krzyk do Boga: dlaczego on, dlaczego taki młody, dlaczego nie ja... Wreszcie napięcie ustąpiło miejsca refleksji i pokorze. Powiedziałam: Boże, przyjmuję wszystko, tylko pokaż mi drogę. Poczułam się tak lekko, jakbym unosiła się w powietrzu. Nagle wiedziałam, co mam robić. Byłam pewna, że Antek przeżyje, i nie potrafiłam go sobie wyobrazić w stanie ciężkiego upośledzenia. Do dzisiaj nie wiem, skąd wzięłam siłę, aby przejść przez to wszystko. Widać, że człowiek jest zdolny do wielu rzeczy, jeśli jest taka potrzeba. Moja znajoma, przełożona pielęgniarek, pytała mnie, skąd wiem, co mam robić. Nie potrafiłam jej na to odpowiedzieć. Teraz jestem pewna, że prowadził mnie Bóg”.

Światełko w tunelu

Miesiąc po wypadku Antoni nadal nie reagował. Iwonie udało się go przenieść do innej kliniki. W szpitalu w Herzogenaurach lekarze postanowili zastosować wszystkie możliwe terapie, żeby uratować mężczyznę. Podczas jednego z obchodów neurolog próbował pokazać innym lekarzom i studentom, jak wygląda pacjent w stanie wegetatywnym, udowodnić im, że nie rozumie, co się do niego mówi. Poprosił Antoniego, żeby podniósł lewą rękę. Nie było reakcji, więc poprosił jeszcze raz. „Wtedy pomyślałam, że przecież syn nie wie, co to jest ręka, więc mu pokazałam i powiedziałam: Antek, to jest ręka, a to znaczy, że należy ją unieść. Lekarz jeszcze raz powtórzył prośbę i gdy długo nie było reakcji, odwrócił się i pokręcił głową w stronę studentów. W tym momencie Antoni uniósł rękę, pokazując znak V, znak zwycięstwa. Lekarze nie wierzyli własnym oczom, ale od tego momentu wolno mi było wstawić pianino do pokoju i przebywać z nim praktycznie cały czas. Pozwolono mi także na własne działanie, mogłam być przy wszystkich terapiach syna”.

Reklama

Ćwiczenia, nauka przez śpiew, gra na pianinie, skrzypcach, bajki z dzieciństwa. Iwona spędzała z synem 16 godz. dziennie. Miała mnóstwo pomysłów, jednak Antoni długo nie reagował. Aż do momentu, gdy Iwona kolejny raz wyjęła skrzypce... „W momencie gdy zaczęłam grać Czardasza Montiego, Antoś zaczął płakać. Przerwałam, ale on całym ciałem pokazywał, że mam grać dalej. Muzyką wyciągnęłam go praktycznie ze stanu wegetatywnego. Od tego momentu można było się z nim porozumiewać – reagował gestami”.

Tak się porozumiewał, bo jeszcze nie mógł mówić. „Dowiedziałam się, że Antek nie ma pojęcia, co to ziemia, Bóg czy też on sam. Nie wie też, kim jestem ja. Pewnego dnia zauważyłam, że bardzo stara się coś powiedzieć. Zapytałam: chcesz mówić? Kiwnął głową. Wtedy wpadłam na pomysł, aby spróbować najpierw za pomocą śpiewu. Na początku proste dźwięki na sylabach, później proste słowa i po tygodniu Antek mówił” – wyznaje Iwona. Kiedyś przywitał ją po francusku. Była zaskoczona, bo nie znał tego języka. Dopiero później zdała sobie sprawę, że rzeczywiście uczył się francuskiego przez 3 miesiące w szkole podstawowej. Antoni zawsze miał problemy z matematyką. Po wypadku zaczął świetnie liczyć. Jego pierwsze słowa były po polsku. Najpierw „tak”, „nie”. Później: „to ja, ja żyję!”.

Otwórzcie oczy

Reklama

To samo Antoni chciał powiedzieć lekarzom z pierwszej kliniki, gdyby zechcieli z nim porozmawiać. Mężczyzna zaczął chodzić pół roku po wypadku. Iwona zawiozła go do szpitala, do którego trafił na początku. Chciała się skonsultować, bo chodzenie sprawiało mu ból. Jak się okazało, tutejsi lekarze założyli mu pręty byle jak, myśląc, że nigdy nie będzie chodzić. „Pani ordynator wyszła do nas dosłownie na chwilę. Antek przywitał ją słowami: dzień dobry, czy pani mnie pamięta? Ona się zaczerwieniła i powiedziała, że to musi być cud, ponieważ nie powinien żyć, i szybko odeszła. Inni lekarze nie mieli czasu, aby się z nami zobaczyć. Nikogo nie interesowało to, w jaki sposób osiągnięte zostały tak dobre wyniki w powrocie do zdrowia” – wspomina Iwona. Co by im powiedział Antoni, gdyby zechcieli z nim porozmawiać? „Otwórzcie oczy, zobaczcie, tutaj stoję, nie jestem rośliną”. „Powiedziałbym im, że nie powinni zbyt szybko podejmować takich decyzji. Człowiek to nie komputer, każdy jest inny i potrzebuje różnej ilości czasu i różnych terapii, aby mieć szanse na powrót do życia”.

Miałam okazję porozmawiać z Antonim. Mówi płynnie, chociaż czasem musi się chwilę zastanowić, żeby znaleźć słowo. „Momentu samego wypadku i czasu krótko przed nim nie pamiętam” – opowiada. Pamięta za to jeden moment z pobytu w pierwszym szpitalu. „Mimo że byłem w śpiączce, usłyszałem i zrozumiałem, iż lekarka radzi mojej mamie, by zgodziła się na odłączenie mnie od aparatury, ponieważ mój stan jest beznadziejny. Poczułem ogromny strach, ale nie potrafiłem tego okazać”. A kiedy poczuł, że wraca co życia? „To przede wszystkim wspomnienie gry na skrzypcach mojej mamy. Miałem wiele najróżniejszych terapii, mnóstwo czasu z nią ćwiczyłem. Najtrudniejsze było ponowne nauczenie się chodzenia. Pamiętam też, że miałem ogromne trudności z pojęciem czasu” – mówi Antoni.

Powrót do normalnego życia

Iwona do dziś pomaga Antoniemu. Jej syn nadal ma problemy z pamięcią, kondycją, oddechem. To normalne, bo przeszedł trzydzieści operacji. „Podziwiam go, że mimo tych problemów jest wesoły i pełen optymizmu. Regularnie ćwiczy pamięć, refleks, orientację”.

Reklama

Mamę i syna poznałam w Łodzi, gdy przyjechali na terapię. Od obojga bije pogoda ducha i siła, choć Antoni nie może długo chodzić, szybko się męczy. Po emisji programu na temat wyzdrowienia mężczyzny w Magazynie śledczym Anity Gargas w TVP1 do redakcji i Iwony zaczęły płynąć prośby o kontakt i pomoc, bo jak się okazuje, w podobnej sytuacji w Niemczech znalazło się wiele rodzin. „W tak ciężkich sytuacjach życiowych ludzie są w panice i nie wiedzą, co mają robić. Dwie osoby, o których wiem, zostały odłączone bardzo szybko” – mówi Iwona.

Wiara czyni cuda

Lekarze z kliniki z Herzogenaurach przyznali, że tak spektakularny powrót do życia i zdrowia to efekt ciężkiej pracy wielu specjalistów, licznych i różnorodnych terapii, ale zadziałał też czynnik, który trudno wytłumaczyć. Iwona też się nad tym zastanawiała: „Myślę, że złożyły się tutaj wszystkie czynniki. Najważniejszym z nich była moja wiara. Bez niej nie miałabym ani siły, ani pomysłu, w jaki sposób postępować. Cudem jest dla mnie to, co wydarzyło się wtedy w górach. To uczucie, które prowadziło mnie przez cały ten czas i wskazywało, co mam robić”. Podczas pobytu w pierwszej klinice Iwona spotkała wiele osób, które znalazły się w podobnej sytuacji. Próbowała je przekonać, żeby walczyły o swoich bliskich. „Wiem z własnego doświadczenia, że nigdy nie należy się poddawać, że w każdym człowieku jest mnóstwo siły i nadziei, że należy zaufać Bogu. Jeśli kogoś kochamy, powinniśmy walczyć o niego aż do końca. Dzięki wierze i miłości można naprawdę doznać cudu. Ważne jest też, aby wierzyć we własne siły i możliwości”.

Podobnie myśli Antoni: „Jeśli chodzi o mój powrót do zdrowia, to na pewno było w tym coś spektakularnego. Złożyło się na to mnóstwo czynników, ale cudem były na pewno wiara, nadzieja i miłość mojej mamy. Jestem pewny, że codzienne modlitwy w klasztorze w Częstochowie i modlitwy naszych znajomych, które odbywały się w tym samym czasie, także odegrały dużą rolę”.

Antoni został wybrany do udziału w nowym niemieckim projekcie uniwersyteckim. Będzie się przygotowywał do roli docenta, żeby w przyszłości wyjaśniać studentom, jak postępować z osobami z podobnymi problemami. Będzie też odpowiadał na pytania przyszłych neurologów, w jaki sposób udało mu się wrócić do zdrowia. Mężczyzna cieszy się nie tylko z tego, że udało mu się zakwalifikować do projektu. „Jako szczęście odczuwam fakt, że żyję, cieszę się każdym drobiazgiem, każdym dniem od nowa”.

od ponad 15 lat pisze i przygotowuje reportaże, głównie telewizyjne.

2024-04-09 14:22

Oceń: +8 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Pod Bożymi skrzydłami

Mimo trudnych życiowych doświadczeń, zawsze wiernie trwa przy Panu Bogu i Matce Bożej. Siłę do życia czerpie z wiary i modlitwy.

Co tydzień uczestniczy w niedzielnej Mszy św., dba o regularną spowiedź, a także praktykuje nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. W ostatnim czasie podjęła modlitwę tzw. Tajemnicą szczęścia. Wierzy, że to właśnie dzięki niej Pan Bóg kilkukrotnie uchronił ją od utraty życia.
CZYTAJ DALEJ

Nikaragua: nasilają się prześladowania Kościoła katolickiego

2026-07-13 11:50

[ TEMATY ]

prześladowania

Nikaragua

BP KEP

Władze Nikaragui od 2019 r. systematycznie ograniczają działalność Kościoła katolickiego - wynika ze świadectwa dominikanina o. Rafaela Aragóna Mariny. Według przedstawionych danych zakazano ponad 26 tys. procesji, wydalono lub uniemożliwiono powrót do kraju ponad 310 duchownym, w tym czterem biskupom, zamknięto 1294 organizacje religijne oraz skonfiskowano 37 nieruchomości kościelnych.

Jak podkreśla duchowny, zablokowano również ponad 90 proc. rachunków bankowych diecezji, parafii i zgromadzeń zakonnych, od 2022 r. zamknięto co najmniej 17 katolickich mediów, a w świątyniach odnotowano ponad 110 przypadków kradzieży i profanacji. Księża pozostają pod stałym nadzorem policji, a władze mają ingerować także w treść głoszonych homilii.
CZYTAJ DALEJ

Jeżów odkrywa swoje tajemnice

2026-07-14 09:30

[ TEMATY ]

archidiecezja łódzka

Archiwum parafii

Ogniwa historii parafii w Jeżowie - książka ks. Krzysztofa Nalepy

Ogniwa historii parafii w Jeżowie - książka ks. Krzysztofa Nalepy

„Ogniwa historii parafii w Jeżowie” to najnowsza książka ks. Krzysztofa Nalepy, proboszcza parafii św. Józefa Oblubieńca NMP w Jeżowie. Publikacja, będąca kolejną pozycją w dorobku autora poświęconą dziejom miejscowej wspólnoty, powstała dzięki odnalezieniu nieznanych dotąd źródeł historycznych, które rzucają nowe światło na ponad osiem wieków historii parafii.

Autor prowadzi czytelnika od początków obecności benedyktynów w Jeżowie, którzy przybyli tu w 1108 roku, przez kolejne wybrane etapy rozwoju parafii, aż po współczesne wydarzenia. Ukazuje dzieje świątyni, przemiany architektoniczne oraz ludzi, którzy przez wieki tworzyli duchowe i kulturowe dziedzictwo tej wyjątkowej wspólnoty oraz miejscowości. Książka przypomina także o ciągłości tradycji, której symbolem są połączone ze sobą stary gotycki kościół i neogotycka świątynia – niezwykły znak historii zapisanej w murach Jeżowa.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję