Oto fragment zwierzeń szpitalnych i medycznych pewnej zasłużonej Czytelniczki: „Ach, niezapomniana «Ania z Zielonego Wzgórza»! Miałam wszystkie części tej dziewczęcej epopei, gromadzone przez całe lata. Potem przekazałam je swoim następczyniom płci pięknej, ale chyba się w nią już nie wgryzały pardon – wczytywały.
Nie wiem, czemu akurat teraz mi się przypomniała ta książka, a właściwie seria. Idąc kiedyś do szpitala, zabrałam ją ze sobą jako lekturę. I czekając na swoją kolej do stołu operacyjnego, zagłębiłam się w czytaniu. Wszyscy się dokoła dziwili, że się nic a nic nie denerwuję, a mnie po prostu tak pochłonęła ta lektura, zresztą po raz kolejny ją wtedy czytałam. Notabene mąż Ani, Gilbert Blythe – jeśli dobrze pamiętamy – był lekarzem... Co się dobrze komponuje ze szpitalem”.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Mąż Ani z Zielonego Wzgórza był lekarzem tzw. domowym. Musiał sobie radzić z wieloma przypadkami, a wtedy to były: porody, operacje, różne inne nagłe przypadki. Cechowały go ogromna wiedza, inteligencja oraz empatia, co czyniło go filarem lokalnej społeczności – tak to opisywano. A do tego miał tyle spraw. Ania – jego żona – urodziła przecież siedmioro dzieci (dwoje zmarło przedwcześnie)! Wyobrażają sobie Państwo – tyle dzieci na głowie, zaś mąż zapracowany po same uszy! A nie było wtedy żadnego becikowego ani programów typu „rodzina plus”, o nie! Jeśli już, to jakaś tania pomoc domowa...
No właśnie. Może jest to nie ten sam temat, ale jakoś straciłam zaufanie do służby zdrowia. Niegdyś gdy coś mi dolegało, zaraz leciałam do doktorów. Ba, chętnie szłam nawet pod nóż, jak to się określało. I nie bałam się operacji. Teraz już nie jestem taka szybka, o nie! Dochodzi do tego problem wieku, że mogą sobie pomyśleć, czy w ogóle warto i opłaca się leczyć takie osoby jak ja, gdy pozostało im już tak niewiele życia, może kilka, może kilkanaście lat? A koszty są.
Jeszcze jedyne, co mi pozostało, to wiara w moją lekarkę domową. Ale co będzie, jak i ona wykręci mi jakiś „komercyjny numer”? Chyba pójdę do znachorów albo do jakiegoś bioenergoterapeuty... No ale tego to się jeszcze bardziej boję, po tym, jak się naczytałam różnych komentarzy m.in. w internecie. Więc jednak nie pójdę, bo w nich to już w ogóle nie wierzę. Tu potrzebna nie wiara, ale nauka.
Ach, Gilbercie Blythe, jak bardzo nam teraz ciebie brakuje!...?
