Gdy zawiodły hamulce
Barbara z Białegostoku zapamiętała Jasną Górę jako miejsce ocalenia. W latach 80. ubiegłego wieku jechała autokarem z pielgrzymką do Częstochowy. W środku znajdowały się 54 osoby. Wszyscy modlili się, śpiewali, odmawiali Różaniec. Byli już blisko celu, kiedy kierowca zorientował się, że hamulce nie działają. Autokar zaczął nabierać prędkości. Z impetem uderzał w przeszkody. Pojazd stanął w płomieniach. W środku ludzie modlili się i wołali o pomoc. Pielgrzymi zaczęli wychodzić. Sytuacja wyglądała beznadziejnie, ale wszyscy przeżyli. Poza stłuczeniami nikt nie odniósł poważnych obrażeń. Nie wrócili do domu. Poszli na Jasną Górę podziękować za ratunek.
Przed Cudownym Obrazem uklękło kilkudziesięciu ludzi, którzy chwilę wcześniej otarli się o śmierć. Klęczeli w zupełnej ciszy, ze łzami w oczach. Dopiero po chwili, gdy emocje zaczęły opadać, odmówili dziękczynny Różaniec.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Zawołał z dna
Artur wychował się w Częstochowie. Jego matka codziennie chodziła na Jasną Górę. Różaniec miała tak wymodlony, że paciorki były wytarte. Syn poszedł zupełnie inną drogą. Wyjechał na Śląsk, pracował jako górnik, założył rodzinę. Nie miał jednak sielankowego życia. Z czasem coraz więcej miejsca zajmował w nim alkohol. Stracił pracę, rozpadło się jego małżeństwo. Po śmierci ojca konflikt z siostrą sprawił, że stracił także rodzinny dom. Wylądował na ulicy, bez grosza przy duszy.
Reklama
Artur włóczył się bez celu po Częstochowie. Był głodny. Tego dnia właściwie przypadkiem dotarł na Jasną Górę. Jeden z pielgrzymów dał mu kanapkę. Zachęcony tym aktem dobroci bezdomny mężczyzna wszedł do Kaplicy Cudownego Obrazu. Patrzył na ludzi klęczących przed obrazem i nie rozumiał ich – miał ochotę śmiać się z tego, co robią, a co według Artura było bezsensowne. Przy wyjściu kobieta wręczyła mu obrazek Matki Bożej Częstochowskiej. Artur potrzebował jedzenia i pieniędzy na alkohol, a nie świętego obrazka – wychodząc, powiedział więc, że więcej tu nie wróci. Słów tych przez kolejne lata dotrzymywał. Staczał się coraz bardziej. Alkohol podporządkował sobie jego życie. By zdobyć pieniądze na jedzenie i alkohol, Artur zaczął kraść i napadać na ludzi. Co jakiś czas trafiał do więzienia.
Między rozbojami, odsiadkami i libacjami alkoholowymi przyszedł w końcu taki dzień, że zupełnie pijany leżał i chciał umrzeć. Krzyczał, że nienawidzi siebie i swojego życia. I właśnie wtedy zaczął wołać o pomoc do Matki Bożej Częstochowskiej. Minęło kilka dni. Na ławce w parku przysiadł się do niego starszy ksiądz. Zaczęli rozmawiać. Pomógł Arturowi, a później pojechał z nim na Jasną Górę. Człowiek, który kiedyś patrzył na modlących się z ironią, tym razem stanął przed obrazem i rozpłakał się. – Ona mnie uratowała – wspominał.
Po latach poszedł do spowiedzi. Zaczął również naprawiać krzywdy wyrządzone rodzinie. Nie nastąpił jednak cudowny koniec wszystkich problemów. Artur pozostał bezdomny, zachorował na nowotwór. Mężczyzna zyskał jednak coś bezcennego – odzyskał sens życia. Kiedy tylko może, wraca do Częstochowy, spowiada się, uczestniczy we Mszy św. A Matce Bożej mówi jedno: „Prowadź”.
